
Był 7 listopada 1995 roku. Zima przyszła nagle i ostro. Śnieg sypał bardzo intensywnie od dwóch dni, a w górach leżało już prawie metr białego puchu - w miejscach z
awianych znacznie więcej.
Ratownicy mieli za sobą trudną ewakuację turystów z rejonu Przehyby, którzy z odmrożeniami po nocy spędzonej w lesie dotarli do schroniska. Myśleli, że to koniec weekendowych problemów. Nikt nie przeczuwał, że lada moment staną do jednej z najtrudniejszych akcji w Beskidzie Sądeckim.
Dwóch nastolatków z Tarnowa postanowiło spędzić weekend w górach. Nie pozostawili dokładnych informacji dokąd zmierzają i wyruszyli z plecakami pełnymi marzeń, nie spodziewając się tak nagłego załamania pogody. Kiedy po weekendzie nie wracali, rodzice zgłosili ich zaginięcie na policję. Mając jedynie szczątkowe informacje od kolegów ze szkoły, funkcjonariusze ustalili, że chłopcy mogli pójść w rejon Przehyby.
We wtorkowy poranek działania rozpoczęła
Grupa Podhalańska GOPR, a gdy poszlaki wskazywały wschodnią część pasma Przehyby i Radziejowej, do akcji dołączyli ratownicy z Grupy Krynickiej. Rozmowy z leśnikami potwierdziły przypuszczenia- w tym czasie widziano dwóch młodych ludzi o podobnym rysopisie przemierzających szlak w tym właśnie kierunku, co utwierdziło konieczność przeszukiwania pasma mimo bardzo trudnych warunków również w godzinach nocnych. Ratownicy brnęli w śniegu po pas, poruszając się głownie na zwykłych „biegówkach” lub nartach zjazdowych — na stanie grupy były tylko trzy pary nart skiturowych. O sprzęcie, jakim dysponują dziś, wtedy można było jedynie marzyć. Pierwsze noce poszukiwań nie przyniosły rezultatów.
W czwartek rano zapadła decyzja o sprawdzeniu drugiego pasma Beskidu Sądeckiego — na wschód od Rytra. W południe ratownicy dotarli do schroniska na Hali Łabowskiej. Po krótkim odpoczynku ruszyli czerwonym szlakiem w stronę Rytra, z zamiarem sprawdzenia wszystkich możliwych dojść.
Zaledwie czterysta metrów od schroniska, tuż za granicą lasu, ujrzeli ich — dwóch ludzi leżących, częściowo przysypanych śniegiem. Jeden niestety już nie żył. Drugi był ledwie przytomny, na skraju wyczerpania i wychłodzenia. Później okazało się, że miał ciężkie odmrożenia nóg. Poszkodowany był na tyle kontaktowy, że przekazał ratownikom, iż jego kolega najprawdopodobniej nie żyje od dwóch dni.
Rozpoczęła się dramatyczna walka o życie. Ratownicy wiedzieli, że liczy się każda minuta, więc przetransportowali chłopaka do schroniska, a na hali przygotowali w śniegu lądowisko aby przyjąć w trudnych warunkach śmigłowiec Mi-2, który miał szybko zabrać poszkodowanego do szpitala. Dzięki zaangażowaniu i determinacji ratowników, mimo kilku dób spędzonych w lesie i mrozie, chłopak przeżył — choć przypłacił to utratą obu nóg. Jak pokazała sytuacja, wykazał się niesamowitą wolą życia i odpornością organizmu, co pozwoliło mu przetrwać w skrajnie ekstremalnych warunkach do czasu odnalezienia przez ratowników.
„Sto metrów dalej zobaczyliby schronisko” — powtarzali potem ratownicy. Sto metrów, które dzieliły życie od śmierci.

Dziś, trzydzieści lat później, z inicjatywy poszkodowanego, w Stacji Centralnej Grupy Krynickiej
GOPR - Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe, odbyło się niezwykle sympatyczne spotkanie. Ocalony turysta, dziś już dojrzały mężczyzna, spojrzał w oczy ludziom, którzy wtedy wynieśli go z górskiego piekła. Łączy ich wspólna pamięć o tamtych dniach — o śniegu, wietrze i ciszy, w której toczyła się walka o życie.

Niech ta historia będzie przestrogą dla każdego, kto rusza w góry – nieważne, czy w Tatry, czy w Beskidy. W obliczu natury zawsze trzeba mieć pokorę.

Grupę Krynicką wspierają również: